Pl En

Fragmenty książki

Witold Bereś

PrintJest ciepły, wrześniowy poranek 1942 roku. Wychudzony, niewysoki brunet z cienkim wąsikiem, 23-letni Marek Edelman, członek Żydowskiej Organizacji Bojowej, podziemnej organizacji oporu w getcie warszawskim, a formalnie – goniec szpitala dziecięcego Bersonów i Baumanów, wbiega do budynku lecznicy. Adina Blady, po mężu Świdowska, zwana Inką, mawia o Marku, że jest – podobnie jak ona – pełen młodzieńczej pustoty. Tyle że od kilku tygodni ta pustota zniknęła. Od 22 lipca, każdego dnia od ósmej rano, trwa w getcie przeszukiwanie kamienicy za kamienicą i wyłapywanie Żydów. To tzw. wielka akcja wysiedleńcza. Strach. Bezsilność. Łzy, których już brakuje.

Umschlagplatz. Czyli plac przeładunkowy. Codziennie trafia tu ponad 15 tysięcy ludzi, tyle, ile pomieszczą wagony podstawiane na rampę kolejową. Są wywożeni do Treblinki, gdzie natychmiast giną w komorach gazowych.

Z Umschlagiem sąsiaduje budynek szpitala, który został tu przeniesiony z ulicy Śliskiej. Z jego okien widać wszystko. Na przykład to, jak dwa dni wcześniej na czele pochodu małych dzieci z gettowego sierocińca idzie doktor Janusz Korczak, który postanowił do końca być z podopiecznymi.

Edelman wbiega po schodach, bo szefowa oddziału dziecięcego, doktor Anna Braude-Hellerowa do końca się stara, by szpital działał, jakby nie było wojny. Zawsze, począwszy od pierwszych dni okupacji, dzień pracy zaczynał się od odprawy, podczas której omawia się trudne przypadki i dyskutuje, czy zrobiono wszystko dla uratowania życia. A było to coraz trudniejsze, bo już nie tylko choroby są przyczyną zgonów, tylko głód. Sam zespół lekarski tylko dlatego nie wpadnie w obrzęki głodowe, bo hitlerowcy, z jakąś pokrętną logiką, do końca dostarczają do szpitala spirytus do dezynfekcji. Dzięki temu na koniec odprawy u dyrektor wszyscy dostają – w kryształowych kieliszkach, bo i tu Braude-Hellerowa chce trzymać fason – po 25 gram czystego spirytusu, do wypicia jednym haustem. I czasami dochodzi do tego „śniadanie”, podawane, a jakże, na porcelanowej zastawie: 10 deka kartkowego chleba, niczym z trocin, pokrajanego w cieniutkie kromki i 5 deka „małpiego smalcu”, tłustej brei pozyskiwanej z oleju kokosowego. Ta dodatkowa dawka energii, całe 200 kalorii zawarte w kieliszku spirytusu, pozwala personelowi uniknąć śmierci… Przynajmniej tej głodowej.

Ale dziś przyjdzie inna śmierć. Pod koniec wielkiej akcji szpital jest likwidowany – wszyscy, a zwłaszcza dzieci, będą wywiezieni do Treblinki. Tylko parę osób (a w całym getcie będzie ich trzydzieści trzy tysiące czterysta pięć) może dostać „numerki życia” – blaszki z numerami przyszywane do wierzchniej odzieży i oznaczające, że posiadacz jest nazistom potrzebny w getcie. Jeszcze. (W kwietniu, za osiem miesięcy i oni zostaną wymordowani). Ale najgorsze, że wybrać tych ludzi musi Braude-Hellerowa (ona, jako ordynator, dostaje numerek automatycznie). Jednak nie chce. Jasne, nikt przyzwoity nie chce wyrokować o tym, kto ma żyć, a kto nie. Lecz personel żąda tego od niej. Więc ulega prośbom swoich ludzi, którzy wiedzą, że w innym wypadku numerki zostaną rozdane w innej części szpitala. Stara się dobrać młodych, którzy mają szanse na przeżycie i którzy mogą jeszcze coś zrobić w getcie – wśród nich jest Edelman i Inka…

Edelman po odprawie wybiega ze szpitala – jako kurier ma obowiązek codziennie składać precyzyjny raport władzom niemieckim na temat stanu zdrowia pacjentów i liczby tych, których można wypisać. Dzięki temu obłędowi biurokracji, Edelman może utrzymywać konspiracyjną sieć ŻOB i organizować opór.

W tym czasie do szpitala wkraczają likwidatorzy w mundurach. Zagłada idzie od parteru, na którym leżą „zwykli”, dorośli chorzy. Niemcy i litewscy szaulisi wchodzą do sal, pełnych stłoczonych chorych, już i tak półprzytomnych z cierpienia i strachu. Wywlekają na Umschlagplatz tych, którzy mogą iść. Chorych obłożnie biją, a wreszcie rozstrzeliwują na miejscu. Ciała zostają na szpitalnych barłogach.

Inka Świdowska wolno wchodzi na ostatnie piętro. Wokół roznosi się tylko odór ropy, kału i ludzkiego strachu. A ona idzie coraz wyżej i wyżej, i tylko się stara, żeby nie deptać po ludziach, bo wszędzie leżą trupy przemieszane z żywymi, dogorywającymi ludźmi. Wreszcie dociera na trzecie piętro, gdzie jest salka niemowląt. Wtedy zewsząd wychodzą do niej z kątów, z ukrycia, nieco starsi jej mali pacjenci. Kilkuletnie dzieciaki. Zbierają się koło niej jak szczeniaki. Wreszcie siadają ze swoją ukochaną panią doktor w ostatnim pokoju. I mała Marysia, umierająca na gruźlicę węzłów chłonnych, mówi: – My już wszystko wiemy, pani doktor, my już wiemy, że nie mamy ani mamusi, ani tatusia, i że my też nie przeżyjemy. Ale czy pani doktor będzie z nami do końca?

– Tak, Marysiu, zostanę z wami na pewno – mówi doktor Inka.

I siedzi z nimi, i opowiada, jak to kiedyś dobrze było. Ale rozmowa się nie klei, więc siedzą w milczeniu, tych piętnaścioro dzieci i jedna doktor Inka. Wreszcie ona sama, zrozpaczona wychodzi i idzie na dół, beznadziejnie ściskając w dłoni blaszany „numerek życia”. Wie, że nawet gdyby teraz ten numerek komuś oddała, i naprawdę się nad tym zastanawia, to i tak za chwilę zostanie rozdzielona z dziećmi. Jeśli one po prostu nie zostaną natychmiast zamęczone na miejscu. W pewnym momencie widzi, że ktoś znosi na rękach trupa młodziutkiej pielęgniarki Zosi Frakter, która otruła się na wieść, że jej matkę już zabrano do wagonów. Wtedy podchodzi do niej inna pielęgniarka, siostra Mira, której matka leży w szpitalu, bo już nie może chodzić:

– Pani doktor, pani zrobi zastrzyk mojej matce, bo ja nie mogę. Błagam panią. Nie chcę, żeby ją zastrzelili w łóżku… – i wciska jej w dłoń strzykawkę z morfiną. I wtedy do Inki dociera, co może zrobić z dziećmi, żeby dotrzymać słowa. Pyta pielęgniarkę, czy ma jeszcze dużo morfiny. Ta kiwa głową. Tak, da ją pani doktor. I nikt nie musi pytać, po co.

Najpierw zastrzyk morfiny dostaje mama siostry Miry i dorośli, którzy już nie są w stanie się ruszać o własnych siłach. W ten sposób można im pomóc…

Wtedy Inka idzie na górę, do swoich dzieci, gdzie już czeka na nią doktor Margolisowa.

W swych wspomnieniach tak opisze te chwile:

„Wzięłyśmy łyżeczkę i poszłyśmy do pokoju niemowląt. I tak jak przez te dwa lata prawdziwej pracy w szpitalu pochylałam się nad łóżeczkami, tak samo teraz wlewałam w te malutkie buzie ostatnie lekarstwo. A z dołu dochodził krzyk, gdyż tam byli już Szaulisi i Niemcy i zbierali chorych z sal do wagonów.

Potem poszłyśmy do dzieci starszych i powiedziałam im, że to jest lekarstwo, żeby nic nie bolało. One mi uwierzyły i wypiły z kieliszka tyle, ile należało. Potem kazałam im się rozebrać, położyć i przespać. Posłuchały się i położyły. Po kilkunastu minutach, nie pamiętam, po ilu, gdy po raz drugi weszłam do pokoju, to spały. A potem już nic nie wiem, co było dalej”.

Adina Blady-Szwajgier, po wojnie doktor Inka Świdowska i wielki, ceniony pediatra, przez całe czterdzieści pięć lat po akcji likwidacyjnej nie przyzna się, co zrobiła we wrześniu 1942 roku. Dopiero kiedy trafi do szpitala już jako pacjentka, a opiekować się nią będzie Marek Edelman, pod jego namową zdecyduje się spisać wspomnienia.

Po latach Edelman tak skomentuje tamten dzień:

 

– Kiedy Niemcy tam weszli, podała dzieciom truciznę, zamiast trzymać ją dla siebie i swych najbliższych. Żyła wspólnym życiem ze swoimi małymi pacjentami i była świadkiem ich śmierci. Inaczej niż wielu innych towarzyszyła umieraniu każdego dziecka osobno i umierała po wielekroć, z każdym z nich. I do końca najbardziej bała się o każde dziecko, o to, że któreś z nich obudzi się, nim nadejdzie śmierć łagodna, i będzie skazane na tę okrutną – w komorze gazowej.

To była bohaterka.

 

*

Jest sobotni wieczór 24 kwietnia 1999 roku w Waszyngtonie. Ciepło. Od późnego popołudnia pod pawilon Białego Domu leżący po stronie południowego trawnika czarne limuzyny podwożą szefów delegacji państw NATO. Zaczyna się największy bankiet w historii urzędu prezydenckiego USA.

Powód? Niemal dokładnie pół wieku temu, 4 kwietniu 1949 roku dziesięć państw zachodnioeuropejskich oraz Kanada i Stany Zjednoczone podpisywały tu, w Waszyngtonie, traktat gwarantujący im wzajemną obronę przed każdym atakiem, a faktycznie – po prostu obronę przed Związkiem Sowieckim.

Kluczowym elementem traktatu jest artykuł piąty, który mówi o tym, iż każdy atak na któregoś z członków NATO powinien być interpretowany przez pozostałe państwa członkowskie jako atak na nie same.

Potem do tego tuzina państw doszlusowały jeszcze cztery i na długie lata sytuacja światowa została zamrożona. Z jednej strony był Układ Warszawski kierowany przez Moskwę, z drugiej – sojusz militarny Paktu Północnoatlantyckiego, który niewiele byłby wart, gdyby nie udział w nim USA. Ale potem upadł Mur Berliński i – choć nikt głośno tego nie powie – Pakt wygrał zimną wojnę. A najbardziej widomym znakiem zwycięstwa jest przyjęcie miesiąc temu w jego szeregi państw, które Związek Sowiecki zaanektował po roku 1945: Czech, Węgier i Polski.

Więc teraz zachodni świat zjeżdża do Waszyngtonu, by celebrować te sukcesy. Wśród gości są prezydenci i szefowie rządów państw, które do NATO właśnie zostały przyjęte – z Polski prezydent Kwaśniewski i premier Buzek oraz multum oficjeli.

W ramach celebry na kolację podane będą: pierś z kurczaka pieczona w krążkach cebuli, pieprzowe chili o zapachu kminu ze słodkimi batatami i kukurydzą, sałatka z pomarańczy i mango, grillowany filet z bizona, młode ziemniaczki z grzybami i sosem cabernet, marynowane pomidory z mozarellą, zielony groszek z kiełkami, specjalny „czekoladowy tort NATO” i kilka rodzajów win.

Prezydent William Jefferson Blythe III Clinton, który sam nakazuje do siebie mówić Bill, ma jednak na głowie dwa problemy. Ledwie dwa miesiące temu upadł wniosek o impeachment w związku z aferą z Moniki Levinsky. Nie ma co kryć: sprawa ta fatalnie odbiła się na prezydenckim wizerunku, nie mówiąc o sytuacji w domu Clintonów.

A miesiąc temu NATO – już wspólnie z trzema nowymi członkami z byłego Układu Warszawskiego – podjęło decyzję o rozpoczęciu nalotów na Jugosławię. Cel – zakończenie czystek etnicznych na terenie Kosowa i wymuszenie demokratyzacji w państwie dyktatorsko rządzonym przez Miloševicia. Wśród inicjatorów akcji jest sam Clinton, ale wielu zarzuca mu, że zrobił to, aby medialnie przykryć seks-aferę.

Prezydent jednak szczerze i zawsze opowiadał się po stronie praw człowieka. Na czasie jego prezydentury niestety zaciążyły okrucieństwa niedawnej wojny domowej w Bośni i Hercegowinie, a zwłaszcza masakra w Srebrenicy, gdzie – praktycznie pod okiem oddziałów ONZ – Serbowie  wymordowali około osiem tysięcy muzułmanów.

Ta bezradność społeczności międzynarodowej była czymś niepojętym i Clinton bał się, że w Kosowie dojdzie do ponownej tragedii. Jak napisze potem we wspomnieniach: „Rok wcześniej Serbowie rozpoczęli ofensywę przeciw zbuntowanym Albańczykom z Kosowa, zabijając niewinnych ludzi; wiele kobiet i dzieci spłonęło we własnych domach. Serbska agresja spowodowała kolejną falę uchodźców i podsyciła jeszcze tęsknotę Albańczyków z Kosowa za niepodległością. Rzezie te aż nadto przypominały wydarzenia w Bośni, która pod: podobnie jak Kosowo stanowiła pomost łączący europejskich muzułmanów i serbski Kościół ortodoksyjny”.

Teraz więc szukał mocnych argumentów za pierwszą wojną NATO w obronie praw człowieka. I oto kilka dni temu doradcy zwrócili mu uwagę na apel polskiego Żyda, Marka Edelmana, opublikowany 21 kwietnia w „New York Times”. Zatytułowany jest „Do prezydentów Billa Clintona i Jacques’a Chiraca, premiera Tony’ego Blaira, kanclerza Gerharda Schrödera, sekretarza generalnego NATO Javiera Solany i wszystkich przywódców krajów NATO”. Edelman napisał go, gdy nie było jeszcze oczywiste, że naloty przyczynią się do okiełznania Serbów.

Pisał:

 

„Decyzja państw NATO o nalotach na Kosowo jest decyzją zmieniającą oblicze świata. Po raz pierwszy w historii mamy do czynienia z wojną nie o terytorium, nie o wpływy, nie o surowce. Po raz pierwszy świat wypowiedział wojnę w obronie człowieka. (…) W czasie drugiej wojny światowej byłem świadkiem ludobójstwa w warszawskim getcie. Przywódcy wolnego świata, prezydent Roosevelt i premier Churchill, nie potrafili temu zapobiec. Mówili, że kiedy wojna się skończy, kiedy wygra demokracja, wszyscy, niezależnie od rasy, narodowości, religii, będą znów równi, wszyscy będą znów mogli czuć się ludźmi, a nie ściganą zwierzyną. Tylko że kiedy skończyła się wojna i wygrała demokracja, tych milionów ludzi, o których toczyła się walka, już nie było i nie mogli się cieszyć owocami pokoju. (…)

Zjednoczony świat na pewno wygra wojnę wytoczoną w obronie praw Albańczyków w Kosowie. Ale czy Albańczycy w Kosowie tego doczekają? Czy nie okaże się, że co prawda wojna została wygrana, ale tych, w których obronie ją rozpoczęto, już nie ma?

Aby nie powtórzyło się to, czego byłem świadkiem w warszawskim getcie, apeluję do Was, przywódców wolnego świata, abyście nie poprzestali na nalotach lotniczych i wprowadzili do Kosowa żołnierzy.

W obecnej sytuacji tylko obecność wojsk NATO może uchronić Albańczyków przed ludobójstwem. Wiem, jak dla tych, którzy wysyłają żołnierzy na wojnę, bolesna jest świadomość, że mogą zginąć. Ale też wiem – jak wszyscy w moim pokoleniu – że wolność ma i musi mieć swoją cenę”.

 

To są znakomite argumenty, które w dodatku współgrają z emocjami i poglądami 42 prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Bill Clinton nie ma więc wątpliwości.

Energicznym krokiem wchodzi wraz Pierwszą Damą do Pawilonu przy południowym trawniku. Rozlegają się skoczne dźwięki „Hail to the Chief”, hymnu Prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Pierwsza para – a obok współgospodarze tego spotkania, sekretarz generalny Javier Solana wraz z małżonką – stają przed olbrzymim audytorium.

Prezydent mówi jako pierwszy:

– Oto przed kilkoma dniami przemówił do nas ze swego domu w Polsce głos pochodzący z czasu, któremu oddajemy hołd podczas tego szczytu 50-lecia. W amerykańskiej gazecie opublikował list Marek Edelman, bohater powstania w getcie warszawskim, domagając się od nas, abyśmy wytrwali w Kosowie. Dziś pamiętamy, że ciężar obrony wolności i pokoju jest mniejszy, jeśli wspólnie niesie go na ramionach tak wielu”.

Huczne brawa. Prezydent radosnym wzrokiem toczy na blisko tysiącu twarzy.