Pl En

Marka Edelmana obrona słabszych

Witold Bereś

H 02 11Edelman„Marka Edelmana obrona słabszych” w: Rudi Assuntino, Wlodek Goldkorn „Strażnik. Marek Edelman opowiada” (Witold Bereś i Krzysztof Burnetko), Znak, Kraków 1999, drugie wydanie – 2006

To kolejna z cyklu przygód z Markiem Edelmanem Beresia i Burnetki. Tym razem „Znak” skorzystał z artykułu obu dziennikarzy zamieszczonego w „Tygodniku Powszechnym” i omawiający postawę Edelmana wobec kryzysu na Bałkanach i dodał jako posłowie do jego autobiografii.

 

 

 

Recenzja:

Choć opowieść Marka Edelmana głównie dotyczy sytuacji Żydów w Warszawie w czasie wojny, a jej punkt kulminacyjny stanowi historia walczącego getta, tak naprawdę bierze początek w roku 1921.

To data urodzin człowieka, który przeżył piekło getta, a potem pozostał w Polsce, żeby być strażnikiem żydowskich grobów. Opowieść Edelmana ma początek, ale wciąż nie ma końca. I nie będzie mieć, dopóki – jak napisał w przytoczonym w książce liście do prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w sprawie wysłania pomocy kosowskim wysiedleńcom – będzie istniał faszyzm, totalitaryzm i nacjonalizm, dopóki pozwolimy sprawować władzę dyktatorom. (…) W książce tej są też spotkania z Izraelem i Polakami-syjonistami, kawałek historii powojennego PRL-u. Pojawiają się również sprawy najbardziej bieżące, ślady obrony przez Marka Edelmana ludzi słabszych – jak napisali w jednym z rozdziałów Witold Bereś i Krzysztof Burnetko.

Grażyna Lubińska: Życie ważniejsze od wygody. „Strażnik” Marka Edelmana; Gazeta Wyborcza w Krakowie, 8.10.1999)

 

Fragment:

Marek Edelman od początku ostatniej wojny bałkańskiej końca tysiąclecia nie ma wątpliwości.

– Czy mamy prawo szukać pomocy, oczekiwać pomocy, ale nie mielibyśmy mieć prawa osądzania ludzi, którzy tej pomocy nie dają? To byłby jakiś idiotyzm!

To nie tylko prawo – to mój obowiązek, bo nie udzielenie pomocy potrzebującemu, zagrożonemu zawsze obraca się w końcu przeciwko temu, kto się zawahał. Jeżeli tej pomocy nie da, to prędzej czy później znajdzie się w takiej samej sytuacji, będzie tak samo bity. Bo nie ma tak, że może być pomoc dla jednego, a dla drugiego nie ma.

Co świat mówił w czasie wojny? Tak, wiemy, tam mordują tych Żydów, ale… samoloty będą spadać, bo to za daleko, bo to za blisko, bo to, bo tamto, bo nie można zbombardować Oświęcimia. Ale kiedy Hitler zarzucił Londyn bombami, to niemal następnego dnia poszło uderzenie odwetowe.

A co było z Polską? Polska cały czas czekała na pomoc i jej nie dostała. Ale o niczym innym nie marzyła. Tylko, żeby ktoś jej pomógł, żeby Rosjanie natychmiast weszli do Warszawy, albo Anders wjechał na białym koniu. Tylko o tym się marzyło, bo przecież już było wiadomo, że powstanie leży. Więc czego ludzie chcieli? Żeby się uratować. Obojętnie jak. I było im obojętne, czy wjadą Rosjanie, byle tylko ktoś przyszedł i przylał Niemcom…

Marek Edelman potrafi się zirytować. Teraz też się wkurza, gdy któryś z nas próbuje zapytać, czy rzeczywiście decyzja jest taka łatwa, gdy przychodzi do wysłania swojego syna do Kosowa. Łatwo się mówi teoretycznie o potrzebie walki z Złym, ale co powiedzieć tym polskim matkom, których dzieci – żołnierze pójdą na wojnę?

Więc Marek Edelman potrafi się zirytować.

– Taaak? (…) Więc dla siebie tak, a dla innych nie? To byłby wasz sposób na przetrwanie?